niedziela, 28 sierpnia 2016

RECENZJA: Fobia Inc. "Astral Seasons"

Czasy wielkich debiutów się skończyły. Kiedy ze swoimi pierwszymi płytami wchodziły Riverside i Lebowski to można było odnieść wrażenie, że coś wielkiego dzieje się na polskiej scenie rocka i metalu progresywnego. Riverside to dziś wielka międzynarodowa marka, Lebowski też ma ku temu możliwości, choć kapela niespodziewanie rozsypała się i nie może powstać. Gdzie więc do takich albumów, jak "Out Of Myself" i "Cinematic", płycie "Astral Seasons" zespołu Fobia Inc.? 

Tak się akurat składa, że duży debiut czteroosobowego kwartetu instrumentalistów tworzących Fobia Inc. prezentuje się całkiem nieźle. Być może "Astral Seasons" to nawet jeden z najlepszych polskich debiutów ostatnich lat w tym segmencie muzyki, o której tu piszę, ale też łatwo o refleksję, że do tych największych debiutów owemu albumowi strasznie daleko, niewyobrażalnie wręcz daleko. W sumie więc muzycy Fobia Inc. to dla mnie najpierw punkt odniesienia, bo pomimo niezłej jakości zaprezentowanej muzyki, ja sam muszę się nieco wyżyć na tych wszystkich debiutantach, którzy nagrywają płytę, później następną, jakiś album koncertowy o beznadziejnej jakości, może kompilację, i tak zdobywają uznanie w Pściowie Małym i regionie, następnie sądząc, że już nic nie muszą robić. W jakim kierunku zmierza więc muzyka?! Które kapele dziś pracują tak mocno, jak niegdyś pracowali muzycy Riverside?! Współcześnie nie trzeba mieć nawet kontraktu z wytwórnią, aby wydać płytę. Wystarczy youtube, bandcamp czy inne medium umożliwiające zdobywanie lajków. Niestety to są pierwsze skojarzenia z jakimi zmagałem się przy "Astral Seasons". Na szczęście tylko pierwsze.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

RECENZJA: Yossi Sassi Band "Roots and Roads"

Yossi Sassi wniósł wielkie zasługi w utworzenie i rozwój gatunku, który jest określany orientalnym prog rockiem. Trudno w ogóle przypuszczać, że ten nurt muzyki, bogaty w szerokie progresywne przestrzenie i mocno doprawiony orientalnym posmakiem, miałby szansę rozwinąć się, gdyby nie utalentowany gitarzysta, producent i kompozytor. Yossi Sassi to jeszcze ktoś więcej. To prawdziwy pionier muzyki, konstruktor gitary-buzki (kombinacji gitary elektrycznej i akustycznej), a zarazem wizjoner. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie zespół Orphaned Land, którego Yossi Sassi był współzałożycielem i integralnym członkiem od 1991 do 2014 roku, stał się dla niego zbyt ciasny. Muzyk potrzebował przestrzeni, aby regularnie udoskonalać swoje oryginalne pomysły, czego skutkiem jest trzeci już jego solowy album zatytułowany "Roots and Roads". Uwierzcie mi, że to dzieło, które trzeba usłyszeć!

Następca albumów "Melting Clocks" z 2012 roku i "Destert Butterflies" z 2014 roku zawiera łącznie dwanaście kompozycji (w wersji rozszerzonej piętnaście), które stanowią międzykulturową podróż i wyjątkowo subtelnie podaną kolekcję różnych stylów, tj. rocka, metalu, orientu, progresji i muzyki etnicznej. Yossi Sassi mówi na swoim krążku słuchaczom, iż każdy człowiek jest wędrującym drzewem. Ważna jest jego przeszłość, ponieważ to jaką drogę obierze będzie oddziaływać na całe jego życie oraz będzie miało wpływ na jego korzenie i tożsamość. Motywem przewodnim albumu wydaje się więc być formuła: przeszłość i korzenie a teraźniejszość i przyszłość. Tak oto Yossi Sassi na krążku "Roots and Roads" próbuje znaleźć równowagę pomiędzy tym kim jesteśmy i skąd przyszliśmy a kierunkiem, w którym podążają nasze serca, by na końcu zrozumieć kim tak naprawdę jesteśmy. Doniosłe przesłanie, ubrane w wiele pasjonujących słów (I wish I had my wings, I know I could fly high up in the sky), okazuje się fantastyczną ilustracją stosunku byłego gitarzysty Orphaned Land do rzeczywistości. Stosunku przyjaznego, gotowego na dialog, chroniącego tożsamość różnych kultur, ale dającego im szansę na pokojową koegzystencję.

wtorek, 16 sierpnia 2016

RECENZJA: Love De Vice "Pills"

Kapela Love De Vice istnieje już prawie dekadę, ale jej kariera dotąd nie nabrała wyraźnego rozpędu. Zespół ma na koncie dwa nieźle przyjęte duże albumy studyjne, tj. "Dreamland" z 2009 roku i "Numaterial" z 2010 roku, aczkolwiek łatwo o wrażenie, że coś się w Love De Vice na początku drugiej dekady XXI wieku zaczęło psuć. Może to tylko wrażenie? W końcu kapela zdołała w 2012 roku wypuścić na rynek wydawnictwo DVD, ale jej skład uległ pewnym przekształceniom. Z zespołu odszedł jego współzałożyciel, czyli gitarzysta Robert Wieczorek, ostatecznie ze składem pożegnał się także znany z pierwszego albumu Riverside Jacek Mielnicki. Długo też trzeba było czekać na kolejny duży album Love De Vice, który nakładem wydawnictwa Fonografika ujrzał światło dzienne po sześciu latach od ostatniego longplaya. Krążek został zatytułowany "Pills".

Materiał zawiera jedenaście utworów, w których oprócz regularnego składu Love De Vice można usłyszeć także Katarzynę Granecką w kompozycji tytułowej i numerze "Hell On Earth" oraz FAIR PLAY QUARTET na przestrzeni całego albumu. Na krążku wystąpiło także kilku innych muzyków dodatkowo urozmaicających dzieło. Niemniej przede wszystkim, pomijając już te encyklopedyczne drobiazgi, trzeba głośno powiedzieć, że oto po długiej przerwie Love De Vice wraca z naprawdę porządnym materiałem. Nie przypominam sobie, aby zarówno "Dreamland", jak również "Numaterial" wywarły na mnie takie wrażenie, jak ma to miejsce w przypadku albumu "Pills". Coś mi się wydaje, że może to być przełomowy album w dyskografii kapeli. Krążek jest bowiem wszechstronny, niezwykle klimatyczny, oferujący sporo mroku, ale też i magicznych, niezapomnianych zagrywek. To album, na którym stempel przybijają wyborny wokal Pawła Graneckiego i kapitalna produkcja płyty.

niedziela, 14 sierpnia 2016

RECENZJA: Chopin Died "Akustycznie"

Chopin Died to zespół wywodzący się z Bieszczadów, który dużym albumem zadebiutował w 2014 roku. Krążek zatytułowany "Chopin Died" okazał się niezłym rockowym materiałem, choć ostatecznie nie wywindował kapeli do gwiazd. Jednak Chopin Died, wbrew nazwie, nie umiera. Kapela najpierw w 2015 roku wydała płytę koncertową "Live in Rzeszów", a w tym roku zaproponowała słuchaczom album zatytułowany "Akustycznie".

Krążek, jak sama nazwa wskazuje, zawiera akustyczne reinterpretacje dotychczasowego dorobku Chopin Died. W sumie znalazło się tu dziewięć kompozycji pochodzących z debiutanckiego albumu grupy - warto przy tym jednak zauważyć, że porównaniu do tego albumu muzycy Chopin Died nie zdecydowali się wprowadzić do akustycznej rzeczywistości dwóch kompozycji z owego debiutu, tj. "Surprise" i "Freedom". Sam materiał został zarejestrowany w Studio Koncertowym Radia Rzeszów, a nad jego wykonaniem czuwali Maciej Pankiewicz, Maciej Duszak, Konrad Załęski, a także gościnnie Martyna Srocka. Całość została wydana własnym sumptem przez Chopin Died, który na potrzeby "Akustycznie" zbierał też fundusze u swoich fanów. Trudno więc przypuszczać jaka przyszłość czeka zespół jeśli na dystansie trzeciej płyty wciąż nikt się nie zainteresował jego twórczością, ale moim zdaniem warto dać mu szansę.